0
 

Po festiwalu

Gra w policjantów i złodziei

"Raz, dwa, trzy kryjesz ty", reż. Nam Ron

Nam Ron i Ario Bayu opowiadają o filmie „Raz, dwa, trzy, kryjesz ty”

Yonah Sichrovsky: Ario, pochodzisz z Indonezji, Rico grany przez Timothy’ego Castilla jest Filipińczykiem, a jeśli się nie mylę, to inny bohater filmu, James, mówi po chińsku. W jaki sposób wasz film stał się tak różnorodny?
Nam Ron: W pierwszej wersji scenariusza w filmie mieli grać tylko Malezyjczycy i Indonezyjczycy. Po rozpoczęciu zdjęć studio uznało, że potrzebujemy więcej bohaterów, więcej nowych talentów. Tak powstała postać Timothy’ego. Pozostałe zmiany dokonały się naturalnie.
Ario Bayu: To zabawna historia. Nie wiem, czy chcesz ją opowiedzieć, ale w pierwszej wersji montażowej okazało się, że nie mamy wystarczająco dużo materiału, a historia nie jest w pełni rozwinięta, więc kilka miesięcy po rozpoczęciu zdjęć postanowiliśmy uzupełnić fabułę o dodatkowy wątek, który połączył pozostałe historie. Wprowadziliśmy Timothy’ego Castilla i Kina Waha Chewa, żeby zbudować więcej napięcia.

Y.S.: Od początku chciałeś zaangażować Aria?
N.R.: Tak, mieliśmy wspólnego znajomego.
A.B.: Producent filmu pracował ze mną przy projekcie dla telewizji. Zadzwonił i zapytał, czy chciałbym zaangażować się w film Nam Rona, a ja się zgodziłem.

Y.S.: Nie znam aż tak dobrze waszych poprzednich dokonań, więc chciałbym spytać, dlaczego postanowiliście zająć się tak kontrowersyjnym tematem.
N.R.: Gdy stawiałem pierwsze kroki jako reżyser teatralny, pociągało mnie tabu, tematy uznawane za nieodpowiednie, zwłaszcza na scenie. W Malezji to korupcja, imigracja i wszystko, co dotyczy społeczeństwa i napięć rasowych. Ponieważ to kwestie rzadko poruszane w malezyjskim kinie i teatrze, czułem się zobowiązany, by opowiedzieć o nich w moim filmie.

Y.S.: Film jest bardzo krytyczny. Jak zareagowała na niego władza?
N.R.: Malezja ma obecnie nowy rząd, ale nic się nie zmieniło – sztuka jest bacznie obserwowana i szczegółowo lustrowana. Co tydzień przynosiłem zarys scenariusza policji, by uzyskać akceptację. Poprosiłem komendanta, żeby go przeczytał. Gdy skończył, dosłownie rzucił nim o ścianę. I tak w kółko przygotowywałem kolejne wersje, licząc na aprobatę policji. W filmie są pewne zmiany, na które nalegali funkcjonariusze, ale są w nim też elementy, których nie mogłem odpuścić, fragmenty mojej pierwotnej wizji.
Przy poprzednich filmach nie starałem się o akceptację władzy, przez co wiele z nich zostało zakazanych i musiałem wyświetlać je na tajnych pokazach. Dzięki temu zyskałem popularność w filmowym podziemiu. Teraz pokładam nadzieję w nowej władzy.

Y.S.: Jak sprawiliście, że postaci są tak autentyczne? Badaliście sytuację imigrantów w Malezji?
N.R.: Dużo rozmawiałem z poznanymi migrantami. Na początku nie chcieli, żebym wykorzystał ich opowieści, a ja bałem się nadwerężyć ich zaufanie. W końcu wypracowaliśmy kompromis. Niektóre z historii przedstawionych na ekranie usłyszałem bezpośrednio od migrantów, którym się przydarzyły.
A.B.: Indonezja to trzeci czy czwarty największy kraj na świecie, ale nadal trapi nas wiele problemów społecznych. Po ulicach Dżakarty jeżdżą Ferrari, choć niektórzy jej mieszkańcy jedzą raz na trzy dni. Większość Indonezyjczyków wolałoby wynieść się do Malezji. To nasz odwieczny sąsiad, mamy wspólne korzenie. Ludzie jadą tam, by zapewnić sobie lepszą przyszłość.
Sugiman, którego gram, oraz jego siostra często jeżdżą do Malezji, Dubaju czy innych krajów arabskich. Bywają tam źle traktowani i źle opłacani. Potem dowiadują się, że policja jest w komitywie z przemytnikami, co zupełnie zmienia ich położenie. Wiedząc o tym wszystkim, mogę wyobrazić sobie, jak czują się w tej sytuacji. W ten sposób zamieniłem się w filmowego Sugimana.

Y.S.: Wspominacie, że dokumenty siostry Sugimana zostały zatrzymane, i nie mógł legalnie wywieźć jej z kraju. Musiał przemycić ją z powrotem do domu, co ponoć jest powszechną sytuacją…
N.R.: Jest taka scena, w której Sugiman i jego siostra rozmawiają z jednym z jego szefów. Zaczerpnęliśmy ją z prawdziwej historii kogoś, kto usiłował wrócić do domu. Paszport tej osoby został zatrzymany, musiała więc zapłacić krocie, żeby przemytnicy wywieźli ją z kraju w najgorszy możliwy sposób, w ogromnym ścisku. Wielu ludzi umiera w takich transportach.

Y.S.: Pierwsze zetknięcie ze śmiercią w waszym filmie to bezimienne ciało palone w pierwszej scenie. Jednak później nie wracacie już do tego tematu…
N.R.: Tak naprawdę stoi za tym bardzo złożona historia. Wielu imigrantów przyjeżdża do Malezji z Birmy i Filipin. W Birmie żyje grupa etniczna Rohingja. Ciało, o którym mówisz, należy właśnie do przedstawiciela tej grupy. W Birmie Rohingjowie są wyrzutkami, mniejszością rasową, etniczną i religijną – są muzułmanami. Są prześladowani, wypędzani, a ich dobytek jest palony. Dlatego uciekają do Malezji. Palące się ciało w tej scenie reprezentuje zaklęty krąg, w którym znaleźli się Rohingjowie. Jeśli wyjadą do Malezji, mogą skończyć jako przypadkowa ofiara ulicznego mordu, ale jeśli nie opuszczą Birmy, także mogą zginąć.
A.B.: Nie miałem o tym wszystkim pojęcia. Są traktowani nawet gorzej od Indonezyjczyków.

Y.S.: Mimo tylu poważnych tematów film nie ma jednoznacznego przesłania ani jasnego podziału na dobrych i złych bohaterów. Nie wiem, czy się z tym zgodzisz, ale wydaje mi się, że nie stanowi nawet bezpośredniej krytyki władzy czy rządu.
N.R.: Całkowicie się z tym zgadzam. Sam nazwałbym mój film obiektywnym. Człowiek nie jest dla mnie dobry lub zły, jest po prostu człowiekiem. Nawet gdy mówię o korupcji wśród policjantów, chcę ich pokazać jako ludzi. Nie opowiadam się po żadnej ze stron. Oni nie biorą łapówek tylko dlatego, że mogą. Kierują nimi normalne ludzkie odruchy. Chcą wygodnie żyć, mieć pieniądze dla żony, wyjechać na wakacje.

Y. S.: Skąd pomysł na angielski tytuł filmu, „Crossroads: One, Two, Jaga”?
N.R.: To fragment dziecięcej gry podobnej do tej w policjantów i złodziei. Śpiewa się: „Police sentry, one, two, Jaga… One, two, three, police mati” („Policjant pilnuje, raz, dwa, Jaga… Raz, dwa, trzy, policjant pada”). Umierając w grze, uczestnik zmienia się z policjanta w złodzieja lub odwrotnie.
A.B.: To rodzaj moralnego kompasu. Najpierw jest policjantem stojącym po stronie dobra i sprawiedliwości, a potem bierze łapówkę i staje się złoczyńcą po przeciwnej stronie barykady.

Y.S.: Rozmawiając z aktorem i reżyserem, chętnie pytam o to, co podoba im się w pracy ze sobą nawzajem.
N.R.: Ario to wspaniały aktor, daje z siebie wszystko, jest bardzo zaangażowany. Kiedy napotyka na wyzwanie, rzuca się na nie i w końcu odnosi sukces.

A.B.: Nam Ron naprawdę zna się na swojej robocie, doskonale wie, co chce przekazać. Jego sposób artystycznego wyrazu jest wyjątkowy. W Indonezji mamy ten sam system polityczny, oba kraje są skorumpowane, a łapówki są na porządku dziennym. Czułem, że podejście Nama Rona jest mi bliskie; mówi ludziom, że takie rzeczy nadal mają miejsce i że czas z tym skończyć. Zobaczyłem to u Nama Rona i włączyłem to do mojej wizji.

Y.S.: Nad jakimi projektami pracujecie teraz?
N.R.: Pracuję nad nowym filmem o reżyserze teatralnym, którego praca przysparza mu wielu wrogów: polityków, grupy religijne… Próbuje tworzyć teatralne arcydzieło na temat tabu.
A.B.: Ja pracuję nad filmem „Buffalo Boys”, który jest trochę lżejszy i łatwiejszy niż ten. Szczerze mówiąc, jeszcze go nie widziałem, ale na pewno wybiorę się na jeden z pokazów festiwalowych.

tłum. Agata Rudowska

Wywiad przeprowadzony w trakcie New York Asian Film Festival w lipcu 2018 r.

Opublikowany na easternkicks.com

kontakt: info@piecsmakow.pl
© Fundacja Sztuki Arteria, realizacja: Pracownia Pakamera + Multiversal • Regulamin serwisu