Pięć Smaków w Domu
Program

Zło, które czai się za rogiem - retrospektywa Na Hong-jina

Morze żółte, reż. Na Hong-jin

Na Hong-jin stanowi doskonałe potwierdzenie tego, że nie trzeba posiadać przepastnej filmografii, aby urosnąć do rangi jednego z czołowych twórców koreańskiego kina gatunkowego. Choć reżyser do tej pory zrealizował zaledwie cztery pełne metraże, każdy z nich to przynajmniej dwugodzinna podróż przez tonące w mroku uliczki Seulu, pogrążone w biedzie rubieże i odcięte od świata prowincje – wędrówka będąca tak naprawdę zejściem w głąb ludzkiej duszy oraz spotkaniem z tym, co nienamacalne.

Autorka: Magda Malinowska

Piekielnie zdolny Na już na początku kariery filmowej zawarł swego rodzaju pakt z diabłem. Niezależnie czy stawia na thriller i film gangsterski, odświeża formułę horroru czy wytacza cały arsenał konwencji rodem z kina akcji, łącząc je z science fiction, wciąż oscyluje wokół tematu szeroko rozumianego zła. Temu ostatniemu przygląda się przez pryzmat takich kategorii jak wina i kara, wiara, nadzieja oraz miłość, co ma ścisły związek z pojawiającymi się w jego filmach religijnymi odniesieniami.

Tę optykę wzbogaca o lokalny koloryt. Koncentracja na niewielkich społecznościach, zwykle zamieszkujących odosobnione przestrzenie, staje się zarówno doskonałym źródłem czarnego humoru – dowcipu zaklętego w dialogu i płynącego z uroków folkloru – jak i dostarcza kolejnych kontekstów.. Wszystkie te elementy stanowią znak rozpoznawczy reżysera, odróżniający jego kino od innych produkcji gatunkowych.

Pogoń na szczyt

Mimo że Na Hong-jin dopiero w pewnym momencie postanowił związać swoją przyszłość z kinem, wkroczył do branży filmowej z przytupem. Urodził się w Seulu w 1974 roku, a zatem nieco później niż chociażby Park Chan-wook, Kim Jee-woon i Bong Joon-ho – słynni koledzy po fachu, reprezentanci nowego kina koreańskiego, wnoszący powiew świeżości do krajowej kinematografii za sprawą odważnego podejścia do gatunków. Wykształcony w dziedzinie sztuki przemysłowej, najpierw pracował w reklamie, zaś później podjął studia na Koreańskim Narodowym Uniwersytecie Sztuk Pięknych.

Przed głośnym debiutem Na zrealizował kilka krótkich metraży, poczynając od „Pięciu minut” (2003), przez „Idealne danie z czerwonego lucjana” (2005) – makabryczną opowieść o zaślepionym obsesją perfekcjonizmu kucharzu – po krytykujący kapitalizm „Pot” (2007). W jego etiudach przebija zainteresowanie tematami, jakie wkrótce uczynił lejtmotywami własnej twórczości. Dwa z ostatnich wymienionych tytułów wzbudziły pewne zainteresowanie, lecz dopiero „W pogoni” (2008) – pełnokrwisty thriller z wyrazistymi kreacjami Kim Yoon-seoka i Ha Jung-woo – przyniosło reżyserowi rozpoznawalność. Film znalazł się w czołówce krajowego box office’u, zajmując trzecie miejsce z wynikiem ponad pięciu milionów widzów. Wynik tym bardziej imponujący, jeśli wziąć pod uwagę, że poprzeczka była zawieszona wysoko – w końcu publiczność znała już takie tytuły jak „Zagadka zbrodni” i „Oldboy”.

Historia, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami – sprawą Yoo Young-chula, południowokoreańskiego seryjnego mordercy – skupia się na starciu dwóch antagonistów: pilnującego interesu alfonsa (a niegdyś detektywa) oraz bezwzględnego zabójcy. Wykorzystując tak klasyczne ustawienie, Na Hong-jin zdołał jednak powołać do życia dzieło, które jasno ustanawia jego autorski styl. Wprowadził też na ekran swój ulubiony typ głównego bohatera – nieco bezradnego, targanego wątpliwościami policjanta.

Zresztą drugi z tytułów – opowieść o Gu-namie, Joseonjoku, czyli zamieszkującym Chiny rdzennym Koreańczyku, który w ramach spłacenia długu ma dokonać morderstwa, ujawnia szersze zaintersowanie reżysera peryferyjnością przestrzeni, co objawia się w częstym osadzaniu akcji również na prowincji. Poza wiwisekcją Seulu, mamy w filmie Na również obraz miasteczka Yanji, położonego w Yanbian – autonomicznej koreańskiej prefekturze w Chinach; to ubogie, szarobure rubieże, gdzie lokalna społeczność zdążyła zapomnieć, czym jest nadzieja.

Na Hong-jin często zestawia ze sobą pozorne sprzeczności – klaustrofobiczność i nieprzejednaną, trudną do eksplorowania otchłań przestrzeni. Ponure rudery

Za górami, za lasami

Niezależnie od tego, czy twórca „Lamentu” osadza akcję w metropolii, czy zabiera widzów do odległej górskiej wioski albo portowego miasteczka, zawsze towarzyszy temu poczucie osaczenia, a zarazem izolacji. Seul w jego obiektywie to miasto wyprane z kolorów, pozbawione jakiegokolwiek oddechu. Blichtr stolicy – jej neonowa jaskrawość i intensywność życia – jedynie potęguje wrażenie osamotnienia i ekonomicznych nierówności. W debiucie „W pogoni” Na Hong-jin na centrum wydarzeń wybiera ukrytą pod osłoną nocy dzielnicę Mangwon-dong, z kolei w „Morzu Żółtym” (2010) ukazuje Seul jako miejsce pełne niebezpieczeństw, gdzie nawet w będących symbolem prosperity szklanych wieżowcach dochodzi do zbrodni. Przede wszystkim skupia się jednak na ponurych zakamarkach miasta i niezgłębionych, zagadkowych miejscach. i zdewastowane pokoje stają się kryjówką doprowadzonych na skraj bohaterów, zaś labirynty uliczek, ciemne wnętrza domów i ciasne pomieszczenia z tajemniczymi ołtarzykami – bramą, za którą skrywa się mrok: makabryczne zbrodnie, diabelskie siły albo krwiożercze potwory. Złowieszcze moce bywają też zaklęte w naturze, zwłaszcza w zdających się nie mieć końca gęstych lasach. W kinie Na Hong-jina odizolowane przestrzenie pełnią istotną rolę, gdyż są scenerią spotkania z Obcym.

Nieproszeni goście

W zaułkach Seulu, przygranicznych miejscowościach i niejako zatrzymanych w czasie wioskach dochodzi w filmach Na do konfrontacji z przybyszami z zewnątrz, uznanymi za intruzów, zaś na płaszczyźnie metaforycznej – z tym, co nieznane, a więc budzące niepokój. Reżyser z jednej strony skupia się na ludziach wykluczonych, pominiętych przez system, zaś z drugiej nawet tych, którzy stanowią integralną część danej społeczności, w pewnym stopniu wyrzuca poza nawias. Alfons z przeszłością skorumpowanego detektywa czy bezpaństwowiec Gu-nam – stygmatyzowany zarówno w Chinach, jak i w Korei ze względu na pochodzenie – działają wyjęci spod prawa. Funkcjonariusze policji – choć są tak zwanymi lokalsami – też nie do końca potrafią odnaleźć się w zbiorowości. Strachliwy oficer z „Lamentu” (2016) jest pośmiewiskiem wśród kolegów, zaś wybujałe ego komendanta z „Witajcie w Hope” (2026) nie przysparza mu zwolenników.

W filmach Na Hong-jina wymiar sprawiedliwości i organy ścigania nie należą do najskuteczniejszych, co akurat jest dość częstym obrazem w kinie koreańskim. Nieudolność policji i wąskie horyzonty śledczych nie przybliżają stróżów porządku do sukcesu. Ich zawodowe animozje i przepychanki stanowią idealny pretekst do żartów. O ile w „Witajcie w Hope” twórcze wykorzystanie konwencji kina akcji tworzy podatny grunt do wplatania elementów czarnej komedii, o tyle fascynuje, z jaką naturalnością i finezją Na udaje się przemycić je w innych historiach. Mroczny thriller „W pogoni” w mistrzowski sposób przedstawia absurdalne działania policji, a horror „Lament” zaczyna się niczym komedia – początkowe podejrzenia i dziwne zjawiska zdają się raczej wytworem wyobraźni szukających sensacji mieszkańców, przekazywanymi z ust do ust miejskimi, a raczej wiejskimi, legendami.

Chociaż reżyser w wywiadach podkreśla, że nie wprowadza politycznych kontekstów celowo, sugestywne umiejscowienie akcji i wielowymiarowe podejście do kategorii Obcego automatycznie nasuwają szereg skojarzeń. W „Lamencie” przyczyną wszelkich nieszczęść zdaje się nowy mieszkaniec – Japończyk, najprawdopodobniej dawny buddyjski mnich, co od razu odsyła do ksenofobicznych przekonań, mających swój początek w trudnej historii relacji koreańsko-japońskich. Portowe miasteczko Hopeu, położone blisko strefy zdemilitaryzowanej (DMZ), pełne jest znaków i haseł sugerujących, że tuż za miedzą, na Północy, mieszka wróg. Inwazja kosmitów, a tym samym walka z przez długi czas niewidzialną, niezidentyfikowaną siłą, nie tylko obnaża chaotyczność i bezsensowność wojny. Pozaziemscy przybysze, na pozór zupełnie inni od ludzi, również mają emocje, własną kulturę i wartości. Brak jednoznacznej opozycji gatunkowej (człowiek też zdaje się mieć nadludzkie moce) łączy się w poetyce Na z równie ludzką niemożnością dialogu, co powoduje eskalację przemocy i przywołuje wspomnienie bratobójczego koreańskiego konfliktu.

Niezależnie od swojej proweniencji, zło w filmach Na Hong-jina czai się tuż za rogiem. Potrafi przybrać postać cichego sąsiada i niepozornego staruszka, a także błyskawicznie zamienić kolejny nudny dzień w walkę o przetrwanie. Jakby tego było mało, bohaterowie nie muszą konfrontować się z figurą Innego, aby obcować ze złem, bo to okazuje się kryć również w nich samych. Spotkanie z mrocznym elementem ludzkiej natury, drzemiącym w każdym, wywołuje lęk i nieufność wobec rzeczywistości. Konieczność zobaczenia tego, co niewyobrażalne, nienamacalne i trudne do objęcia rozumiem, wiąże się z kwestią wiary, a właściwie – zwątpieniem, które kładzie się cieniem na losach protagonistów.

Kiedy niebo zapłacze, a kogut zapieje

Zanurzony w licznych wierzeniach „Lament”, doskonale ukazuje różnorodność religijną Korei Południowej. Mimo przeplatania elementów chrześcijaństwa, szamanizmu i buddyzmu, Na Hong-jin zaznacza, że gdyby nie wyznawał pierwszego z nich, najpewniej opowiedziałby tę historię w zupełnie inny sposób. Wystarczy wspomnieć, że rozpoczyna ją cytatem z Ewangelii według świętego Łukasza, wprost zapowiadając duchowe trudności, z jakimi będą mierzyć się bohaterowie: zwątpienie i trwogę. W twórczości reżysera pojawia się także wiele innych chrześcijańskich nawiązań – chociażby rysunki i rzeźba Chrystusa w „W pogoni”, motyw przekraczania tytułowego Morza Żółtego, bezwarunkowa ojcowska miłość czy walka z szatanem.

W szerszej perspektywie filmowe uniwersum Na Hong-jina trawi jednak kryzys wiary. Mowa nie tylko o szamanach obracających religię w intratny biznes czy bezsilnych, zagubionych księżach. Granice pomiędzy podejściem duchowych przewodników a tych, którzy z zasady powinni stać po stronie „szkiełka i oka” – policjantów – są płynne. W końcu to kapłani pomagają w śledztwie i pokładają nadzieję w medycynie, podczas gdy na przykład dla detektywów z „W pogoni” monstrualność zbrodni zdaje się tak ogromna i abstrakcyjna, że trudno im uwierzyć w winę z pozoru zwyczajnego człowieka.

Brak tu podziału na ludzi małej i wielkiej wiary – bohaterowie są przekonani, że najpierw muszą na własne oczy zobaczyć zło w najczystszej postaci albo go doświadczyć – tylko tak pokonają zwątpienie. Nie rozumieją, że jedyna szansa na ocalenie to poczuć i zawierzyć. Oficer policji jest gotowy zabić, aby sprawdzić, z kim ma do czynienia, zaś młody kapłan pragnie ujrzeć diabła, aby nie kwestionować jego istnienia. Niestety ludzka percepcja bywa zwodnicza i ograniczona – utożsamianie znanego z bezpiecznym i nieznanego z zagrożeniem niekiedy obraca się przeciwko dążącym do prawdy, jak w przypadku różnego podejścia do dwóch przybyszów w „Lamencie”. (Nie bez powodu film znalazł się także w sekcji poświęconej kwestiom duchowości.)

W skąpanym w strugach deszczu świecie Na Hong-jina woda nie ma biblijnej mocy. Nie zmywa grzechów i krwi na rękach ani nie chroni od złego, lecz zapowiada tragedię i symbolizuje opuszczenie przez innych. W przypadku „W pogoni” i „Lamentu” ulewa zwiastuje odpowiednio zbrodnię i nadejście zarazy. W „Morzu Żółtym” wielka woda nie rozstępuje się przed Gun-namem, wręcz przeciwnie – okazuje się nieprzeniknioną tonią, której ten nie jest już w stanie pokonać. Tak, jak jemu uniemożliwia powrót, tak w „Witajcie w Hope” oznacza odcięcie od cywilizacji, czyli pomocy.

Choć bohaterowie mierzą się ze zwątpieniem – w ocalenie innych, lepsze jutro lub boski ratunek – motorem napędzającym ich działania często jest miłość ojcowska, rozumiana nie tylko w kategoriach więzów krwi. Myśl o dziecku potrafi zmiękczyć serce, a jednocześnie wywołać ogromną determinację w dążeniu do celu. Pogoń – za sprawiedliwością, przetrwaniem czy znalezieniem odpowiedzi na dręczące pytania – będąca jednym z motywów przewodnich filmów Na Hong-jina, ostatecznie wyzwala jednak najniższe instynkty. Mimo że przemoc zwykle jest wyrazem niemocy, raz obudzona agresja napędza całą jej spiralę.

120 sekund na minutę

Z sytuacją bohaterów – popadających w coraz większą rozpacz i zdolnych do coraz brutalniejszych, desperackich działań – współgra sposób obrazowania. Widać to w „W pogoni” i „Morzu Żółtym”, gdzie dominują stonowane kolory, momentami wręcz dokumentalistyczny styl oraz charakterystyczna praca kamery, pozostającej w wiecznym ruchu: dynamiczne i rozedrgane ujęcia, często z ręki. W obu filmach roi się od obrazów makabrycznych zbrodni oraz brutalnych – także zbiorowych – scen walki, gdzie za narzędzie tortur mogą posłużyć nawet... świńskie gnaty.

Począwszy od „Lamentu”, na planie którego Na Hong-jin po raz pierwszy spotyka się z Hong Kyung-pyo, jednym z najwybitniejszych koreańskich autorów zdjęć (między innymi „Matka”, „Płomienie”, „Parasite”), pojawia się dużo więcej statycznych kadrów i planów ogólnych oraz niezwykle spektakularnych, zaaranżowanych z chirurgiczną precyzją scen akcji. Pastelowe, wyblakłe kolory metropolii ustępują miejsca zieleniom i błękitom – barwom natury.

W chwili, gdy reżyser zwraca się w stronę tego, co nienamacalne bądź pochodzące z innego świata – zarówno sfery duchowej, jak i odległych galaktyk – stosuje inny wachlarz konwencji gatunkowych. W „Lamencie” momentami czerpie ze stylistyki body horroru i gore, ale w dużej mierze operuje grozą płynącą z nieprzeniknionej atmosfery tajemnych obrządków i szamańskich rytuałów. Natomiast w „Witajcie w Hope”, które pod względem liczby postaci uśmierconych na ekranie znajduje się w ścisłej czołówce, z premedytacją wykorzystuje pewną nadmiarowość zabiegów znanych z kina akcji.

Pod pewnymi względami intensywność kina Na Hong-jina stopniowo przybiera na sile. Zabójcze tempo i wizualny przepych jego najnowszej produkcji – 156 minut naszpikowanych pościgami i kolejnymi starciami – pokazują, że naczelny eksplorator  mrocznych zakamarków ludzkiej duszy zostawia nas z wiarą w moc kina totalnego, jakim jest „Witajcie w Hope”. Rozszerzając swoją twórczość o kolejne wymiary, tak naprawdę mówi o tym samym: zdarzeniach, których nie jesteśmy w stanie objąć rozumem oraz dominujących narracjach i głęboko zakorzenionych przekonaniach, jakie trudno przełamać. Z tą różnicą, że przyglądając się konsekwencjom grzechu, w końcu pozwala dostrzec szansę na jego zmycie i odkupienie. Zostawia nas też więc z nadzieją, a tej dzisiaj przecież najbardziej potrzebujemy.

bądź na bieżąco!

Na naszej stronie wykorzystujemy cookies tj. małe pliki tekstowe, które strona internetowa zapisuje na Twoim komputerze lub urządzeniu przenośnym w chwili, gdy przeglądasz tę stronę. Kliknij tu, aby zmienić ustawienia cookies.