Kino Azji

01 maja 2014

Udine 16. Far East Film Festival: Japonia

Fuku-chan from the Fukufuku Flats

Czasy świetności kina samurajskiego i filmów o potworach należą już być może do przeszłości, a wrzawa wokół J-horrorów nieco przycichła, jednak w obrębie japońskiej kinematografii nadal powstają formy, których nie sposób znaleźć nigdzie indziej.

Do najnowszych quasi-gatunków kina popularnego należą między innymi super-urocze produkcje o domowych zwierzątkach (w głównych rolach - szczeniaczki i kotki, zmieniające – na lepsze – życie swoich właścicieli) oraz filmy o wszelkiego rodzaju dziwakach, sympatycznych, lecz nie radzących sobie w społecznej rzeczywistości, określanych czasem mianem kibatsu.

Obydwa typy filmów ociekają zazwyczaj lukrem, choć zdarzają się wyjątki – jak łączący te wątki film Momoko Ando Rent-a-neko, o samotnej dziewczynie, prowadzącej mini-wypożyczalnię kotów, które po drobiazgowych wywiadach przekazuje równie wyobcowanym bohaterom. W zeszłym roku w Udine pojawiły się A Story of Yonosuke (reż. Shuichi Okita) oraz See You Tomorrow, Everyone (reż. Yoshihiro Nakamura) – pierwszy o naiwnym i niepoprawnie optymistycznym nastolatku z prowincji, który (nieudolnie) radzi sobie w studiach w Tokio, drugi – o wycofanym mieszkańcu japońskiego blokowiska, który postanowił nigdy nie opuszczać swojego miejsca urodzenia, wcielając tym samym w życie slogan reklamowy dewelopera, który obiecywał, że osiedle jest samowystarczalnym, doskonałym światem. Obydwa filmy, mimo ciekawych punktów wyjścia, grzeszyły niestety sentymentalizmem.

W tegorocznym programie znalazły się trzy produkcje wpisujące się w nurt kina kibatsu. Pierwszy – fetowany między innymi ze względu na włoskiego koproducenta – to Fuku-chan from the Fukufuku Flats (reż. Yosuke Fujita) to doskonały przykład charakterystycznych cech nowego gatunku i zarazem jego najbardziej problematycznych aspektów. Tytułowy bohater to pulchny pracownik budowlany (w jego postać wcieliła się popularna japońska komiczka, Miyuki Oshima) samotny i skrajnie nieśmiały, ale ze złotym sercem (zaprzyjaźnia się z mieszkającymi po sąsiedzku dziwakami jeszcze większymi niż on i sprawia, że wreszcie czują się potrzebni) oraz uroczą pasją – malowaniem i składaniem tradycyjnych japońskich latawców. Słowo „uroczy” jest tu bardzo istotne – odpowiadający mu japoński  przymiotnik kawaii, określający coś słodkiego i kochanego, ma w swoim polu znaczeniowym także takie cechy jak nieporadność, niezgrabność, zdolność wywoływania ciepłych uczuć i odruchu opiekuńczego.

Pan Fuku, jak większość bohaterów mainstreamowcyh filmów o dziwakach, doskonale pasuje do tego przymiotnika. Użyta w tytule pieszczotliwa końcówka –chan używana jest (w przeciwieństwie do poważnego –san) wobec dzieci i zaawansowanych wiekiem staruszków. Głównym wątkiem narracji jest spotkanie pana Fuku z dawną koleżanką z klasy, która w dzieciństwie, wraz z innymi dziećmi, dręczyła go z powodu wyglądu – teraz śliczna dziewczyna odkrywa, jak dobrym i ciekawym człowiekiem jest dawny obiekt drwin. Zaczyna tworzyć projekt fotograficzny oparty na jego portretach, równocześnie przełamując lęk Fuku przed kobietami. W pewnym momencie przyjaciel pana Fuku zarzuca jej, że traktuje bohatera zdjęć jak maskotkę, uroczego pupila, którego miło obserwować, ale – mimo oczywistych romantycznych aspektów sytuacji – nie byłaby w stanie uznać za poważnego partnera relacji miłosnej ani seksualnej.

Niestety zarzut ten dotyczy także reżysera, który portretuje Fuku w sentymentalny i jednowymiarowy sposób: bohater jest nieskazitelnie dobroduszny i poczciwy, tryska optymizmem, a jego dziecięca trauma znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pięknie rysuje, co ma rekompensować jego nieatrakcyjną (?) aparycję, w duchu protekcjonalnego poklepywania po plecach – „taki pokraczny, a taki zdolny!”. Pytanie o erotyczny wymiar potencjalnego związku pary głównych bohaterów także pozostaje bez odpowiedzi – przez cały film w zasadzie się nie dotykają i choć może zaistnieć między nimi relacja przyjacielska, to seks z otyłym bohaterem (w dodatku z niższej klasy społecznej)pozostaje tematem tabu. Pokrzepiająca historyjka pozostaje przez to jedynie wydmuszką.

Odmienną perspektywę prezentują dwa inne tytuły z programu festiwalu w Udine. Be my Baby (reż. Hitoshi One) to kilka scen z życia młodych ludzi, których można określić jako dokyun (czy też – w wersji z internetowych czatów: DQN) – osób o niskim statusie społecznym, bez edukacji, bez stałej pracy, nie grzeszących gustem ani rozumem. One portretuje grupę dziewięciorga znajomych, którzy wchodzą ze sobą w związki, zdradzają się, kłócą, godzą, choć także emocjonalna inteligencja nie jest ich mocną stroną. Ich relacje wydają się powierzchowne, używają prostackiego języka i fraz rodem z tanich seriali (zawsze wypowiadanych za głośno), ubierają się w najbardziej kiczowate i tandetne ciuchy.

Nie sposób polubić tych bohaterów, ich rozmemłanie i głupota budzą irytację – a jednak opowieść o nich wciąga, pod ciężkim makijażem dziewczyn i kogucimi pozami chłopaków dostrzegamy emocje, których nie potrafią ubrać w słowa. Reżyser nie patrzy z wyższością, nie ośmiesza, stara się wejść w ich rzeczywistość i zrozumieć: samotność okazuje się tym wspólnym punktem, z którym każdy widz potrafi empatyzować.

Ambiwalentne uczucia budzi także tytułowa bohaterka Tomoko in Moratorium Nobuhiro Yamashity, reżysera kultowego w pewnych kręgach filmu Linda, Linda, Linda. Dziewczyna po ukończeniu szkoły wraca do samotnego ojca, który z mniejszą lub większą cierpliwością czeka, aż córka podejmie wysiłek znalezienia pracy. Tomoko tymczasem spędza czas czytając komiksy, leżąc przed telewizorem i przeglądając magazyny. Nie wiemy, z czego wynika jej bierność – czy to łagodna forma depresji, lęk przed dorosłością, infantylność i wygodnictwo, czy bierna reakcja na coraz trudniejszy japoński rynek pracy i wygórowane wymagania społeczne wobec młodego pokolenia. Być może wszystko to równocześnie.

Choć w filmie niewiele się dzieje, widz może doświadczyć całego spektrum emocji wobec bohaterki. Bystra i urocza Tomoko (Atsuko Maeda) budzi na przemian sympatię, troskę, irytację i niechęć. Yamashita, podobnie jak Ono, nie wyciąga jednoznacznych wniosków i pozostawia przestrzeń na interpretację. Jego bohaterka nie jest stereotypowym kibatsu, ale na swój sposób odmawia uczestnictwa w życiu społecznym – być może milczący bunt jest właśnie głosem znacznej części jej pokolenia?

Jagoda Murczyńska

 


kontakt: info@piecsmakow.pl
© Fundacja Sztuki Arteria, realizacja: Pracownia Pakamera + Multiversal