Kino Azji

15 lutego 2015

65. Berlinale #1: Azjatycki mainstream

Gone with the Bullets

Różnorodność i rozmiar programu Berlinale pozwala festiwalowi na włączenie dużych produkcji, nastawionych na mainstreamowy sukces.

Azjatyckie wysokobudżetowe produkcje reprezentowały w tym roku "Ode to My Father" (reż. J.K. Youn, Korea 2014), "Paradise in Service" (reż. Doze Niu, Tajwan/Chiny 2014) oraz "Gone with the Bullets" (reż. Jiang Wen, Chiny/USA/Hongkong 2014).
Filmy łączy świetna i pełna rozmachu strona realizacyjna – scenografia, kompozycja kolorystyczna, kostiumy, zdjęcia, warstwa dźwiękowa. Każdy reżyser znacząco czerpie z historii.


"Ode to My Father"
to jedna z mainstreamowych produkcji koreańskich ostatnich lat, które doskonale radzą sobie na lokalnym rynku.
Przy budżecie 13.1 mln USD, film zarobił dotychczas prawie 100 mln dolarów (ponad 13.1 mln sprzedanych biletów), stając się w Korei trzecim najbardziej dochodowym filmem wszech czasów. Na dwóch pierwszych miejscach listy najlepiej zarabiających filmów w Korei uplasowały się kolejno "Roaring Currents" (Korea 2014; ponad 17.6 mln biletów) i "Avatar" (USA 2007; 13.6 mln biletów).
"Ode to My Father" miał premierę w grudniu zeszłego roku i wciąż cieszy się popularnością wśród koreańskich widzów,
ma więc spore szanse znaleźć się niebawem na drugim miejscu box-office'u.

Film to portret "typowej" koreańskiej rodziny, zarysowany na przestrzeni ponad 60 lat – od ewakuacji portu Hungnam podczas wojny koreańskiej, w grudniu 1950, do czasów obecnych. W akcję wprowadzają sceny rozgrywające się współcześnie w Busan,
rodzinnym mieście reżysera – gdy główny bohater, Deok-su, i jego żona, Yeong-ja, zaczynają wspominać swoje życie. Opiekują się właśnie wnuczką, podczas urlopowej nieobecności jej rodziców.
W historię życia i miłości dwójki starzejących się bohaterów wprowadzają kolejne retrospekcje, dające doskonałą okazję ukazania zwrotów nie tylko w ich życiu, ale również ważne momenty we współczesnej historii Korei – wojnę koreańską z jej tragicznymi skutkami (w tym najistotniejszą dla akcji filmu rozłąką rodzin), rozwój gospodarczy i zmiany społeczne w Korei, udział Koreańczyków w wojnie wietnamskiej.
Ode to My Father

Największym atutem "Ode to My Father", poza stroną realizacyjną, jest sprawne połączenie wielu gatunków: melodramatu, sagi rodzinnej, dramatu wojennego, slapsticku.
Film dostarcza pełną gamę emocji, przede wszystkim wzruszeń generowanych przez melodramatyczność historii, mimo znacznej jej przewidywalności – dzięki retrospekcjom opowiadanym z punktu widzenia bohaterów żyjących współcześnie, widz doskonale wie, że przetrwają oni wszystkie niebezpieczne sytuacje, pokonają wiele przeciwności,
zostaną małżeństwem. Może więc skupić się na przeżywaniu z bohaterami kolejnych dramatów, radości, wzruszeń.

Film J.K. Youna idealnie wpasowuje się w nurt koreańskich
produkcji "ku pokrzepieniu serc", rozliczających się z ważnymi i bolesnymi momentami w historii kraju w sposób gloryfikujący zwykłych bohaterów. Tutaj bohaterem jest przeciętna koreańska rodzina, z wyraźnie zarysowaną figurą ojca – biorącego odpowiedzialność za byt swoich bliskich, poświęcający dla dobra rodziny swoje osobiste ambicje. "Ode to My Father" rozliczenie prowadzi w sposób widowiskowy w sekwencjach wojennych i ogólnie raczej lekki, co osiąga dzięki licznym elementom komediowym przełamującym dramatyczne momenty w życiu bohaterów czy przez znaczące pominięcie problemu politycznej opresji i autorytarnych rządów w Korei w latach 60. czy 70.
Pomimo walorów realizacyjnych i podjęcia tematu historycznego, po seansie film traci na sile – w zasadzie nie zostawia miejsca na refleksję, wszystko opowiada w trakcie seansu.




Również tajwański "Paradise in Service" sięga po temat wojenny. Reżyser osadził akcję na tajwańskiej wyspie Quemoy (Kinmen), w bliskim sąsiedztwie wybrzeża chińskiego, pod koniec lat 60. Wyspa to militarna baza na pierwszej linii frontu – mająca chronić Tajwan przed chińską inwazją i przeniesieniem się tu rewolucji kulturalnej. O realnym zagrożeniu przypominają kolejne ostrzały wyspy prowadzone przez wojsko chińskie, ale głównym tematem filmu nie są działania wojenne – zasadniczym miejscem akcji jest Jednostka 831, lokalny burdel przeznaczony tylko dla żołnierzy. Tutaj trafia główny bohater, szeregowy Pao-tai, który okazuje się za słaby fizycznie, by służyć w elitarnej jednostce Sea Dragons Special Force.

Doze Niu portretuje życie mieszkańców 831 (właściciel, żołnierze pomagający w zarządzaniu nim, prostytutki) oraz żołnierzy odwiedzających "jednostkę". Reżyser stopniowo odsłania kolejne wydarzenia i – w formie retrospekcji – przeszłość kluczowych bohaterów. Sprawnie prowadzoną narrację uzupełniają wystylizowane zdjęcia i kostiumy oraz ścieżka dźwiękowa.
Uderzająca jest jednak pobieżność "Paradise in Service", wzmacniana przez świetnie zrealizowane warstwy wizualną i dźwiękową. Bohaterowie mierzą się z wieloma problemami, jednak przez
płytkość wątków i włączenie sekwencji komediowych, widz nie ma szans na zagłębienie się w nie i refleksję.
"Paradise in Service" ogląda się gładko.
Podobnie jak "Ode to My Father", tajwańska produkcja zaledwie dotyka poważnych problemów związanych z funkcjonowaniem wojska: opresji psychicznej i przemocy fizycznej starszych rangą żołnierzy wobec szeregowych, trudnych warunków bytowych żołnierzy, uprzedmiotowienia kobiet "służących" żołnierzom.
Paradise in Service


Przygotowywany przez Doze Niu przez 8 lat film miał swoją premierę na Tajwanie na początku września zeszłego roku, w październiku otwierał prestiżowy festiwal w Busan.
Tajwańska premiera odbyła się w atmosferze kontrowersji. Na etapie zdjęć Doze Niu został oskarżony przez tajwańskie wojsko o próbę umożliwienia wstępu na teren bazy wojskowej obywatelowi Chin kontynentalnych, działania zabronionego przez rząd Tajwanu. Pochodzący z Chin operator zdjęć Cao Yu otrzymał fałszywy paszport tajwański, by pracować nad filmem.
Reżyser wprawdzie zmienił operatora zdjęć, na pochodzącego z Hongkongu Charliego Lama, ale wojsko wycofało swoje poparcie dla produkcji, namawiając do bojkotu filmu. Rozprawa sądowa związana z naruszeniem prawa odbyła się jednak po premierze – w listopadzie Doze Niu otrzymał wyrok pięciu miesięcy więziena, w zawieszeniu na dwa lata, karę finansową w wysokości 15 000 dolarów tajwańskich (ok. 4900 USD) i konieczność odbycia 60 godzin prac społecznych.

Możliwe, że kontrowersje wokół filmu wpłynęły na jego wyniki. Kosztująca około 8 milionów dolarów produkcja zarobiła na Tajwanie podczas pierwszych kilku tygodni dystrybucji zaledwie niecałe 770 tys. dolarów.

Wybór "Paradise in Service" na film otwarcia w Busan ciekawie wpasowywał się w tematy historyczne podejmowane przez twórców koreańskich i opowiadanie ich z punktu widzenia "zwykłych" bohaterów. Widzom w Korei i na Tajwanie na pewno łatwo odszukać paralelę we współczesnej historii obu krajów oraz odnieść się do tematów takich jak rozłąka rodzin spowodowana konfliktami zbrojnymi czy życie w ciągłym strachu przed śmiercią bliskich osób.




Mimo że w przeciwieństwie do dwóch poprzednich filmów "Gone with the Bullets" jest komedią utrzymaną w satyrycznym tonie, również ta produkcja mocno czerpie z historii.

Najnowszy film Jianga Wena został zrealizowany jako druga część zaplanowanej przez reżysera trylogii osadzonej w Chinach lat 20. Jest jednocześnie bardziej kontynuacją niż sequelem świetnie przyjętego przez publiczność i krytyków "Niech zatańczą kule" (Let the Bullets Fly, 2007; polska premera na 8. Pięciu Smakach).
Jiang podkreśla jak fascynujący jest dla niego
ten okres w historii Chin – oficjalnie nazywany Republiką, w praktyce będący czasem konfliktów między lokalnymi dowódcami wojskowymi rządzącymi poszczególnymi terytoriami.
Taki punkt wyjścia napędza akcję w obu filmach, przy czym z chińskiej prowincji w "Niech zatańczą kule" przenosi się tym razem do kosmopolitycznego Szanghaju.
Sukces zobowiązuje i napędza ambicję – rozmach produkcji jest ogromny jak na standardy chińskiego przemysłu filmowego, a zainwestowane w film blisko 50 milionów dolarów widać w każdej minucie.
Nakłady zwróciły się w Chinach już po pierwszym weekendzie w kinach – w ciągu czterech dni od premiery w czwartek, 18 grudnia 2014, film zarobił blisko 55 milionów dolarów.

Już początek "Gone with the Bullets" wprowadza mocno satyryczny ton, który utrzymuje się przez cały film – nowobogacki, aspirujący do ugruntowania swojego społecznego wizerunku
Wu Qi, zwraca się do byłego arystokraty Ma Zouriego i jego przyjaciela Xianga, którzy przybyli do Szanghaju, by spróbować szczęścia w "raju dla poszukiwaczy przygód".
Wu Qi prosi ich o pomoc w uratowaniu honoru. Jego ukochana, włoska arystkoratka – mimo wielu wysiłków Wu i wydanej fortuny na zaspokojenie jej zachcianek – publicznie zarzuca mu brak obycia w towarzystwie. Aby uratować pozycję społeczną swojego klienta, za jego pieniądze Ma Zouri i Xiang z przepychem organizują w Szanghaju wybory najwspanialszej kurtyzany świata, na które w charakterze publiczności zapraszają śmietankę towarzyską miasta.
Gone with the Bullets


Wybory wygrywa zakochana w Ma Zourim
Wanyan Ying, a do stworzenia jej postaci Jianga Wena zainspirowało wydarzenie, które miało miejsce w Szanghaju w lecie 1920 roku: nowobogacki Yan Ruisheng postanawia zlecić morderstwo ekskluzywnej prostytutki, Wang Lianying, która wpędziła go w długi.
Historia stała się inspiracją dla chińskiego filmu jeszcze w 1921 roku, gdy ukazał się pełnometrażowy "Yan Ruisheng", uznawany za pierwszy pełnometrażowy film chiński.
"Gone with the Bullets" zachowuje elementy jego narracji, ale też bezpośrednio wspomina o nim jako perwszym w historii chińskiej kinematografii filmie pełnometrażowym. W filmie Jianga sensacyjna fabuła z lat 20. staje się punktem wyjścia zarówno do prowadzenia głównej narracji w filmie (historia Ma Zouriego), jak i pretekstem do włączenia wielu odniesień do historii kina.

W zasadzie ilość i różnorodność odniesień do historii kina oraz zabawa nimi sprawiają wrażenie, że ta warstwa jest w "Gone with the Bullets" o wiele ważniejsza niż podstawowa fabuła. Jiang Wen wprowadza sceny inspirowane m.in. "Podróżą na księżyc"
Georges'a Meliesa, "Chicago" Roba Marshalla, "Włoską robotą" Petera Collinsona, w sekwencji otwierającej film stylizuje Ma Zouriego na Don Vito Corleone, a jednej z głównych bohaterek, Wu Liu, powierza rolę pionierki chińskiego kina, nie stroniąc od aluzji do braci Lumiere.
Gone with the Bullets: Wu Liu


W warstwie odniesień reżyser bawi się także formą: wprowadza sekwencje czarno-białego filmu niemego, slapsticku, kolorowych musicali złotej ery Hollywood, wizualnie nawiązuje też do lat świetności Technicoloru czy propagandowych filmów Leni Riefenstahl – na którą dodatkowo po części stylizowana jest
Wu Liu, w warstwie muzycznej korzysta np. z fragmentu "Tako rzecze Zaratustra" Richarda Straussa, motywu otwierającego "2001: Odyseję kosmiczną" Stanleya Kubricka.

Mimo formalnych ekstrawagancji, wiele elementów w filmie pełni rolę satyry – nie tylko w odniesieniu do Chin lat 20., ale również współczesnych relacji społecznych – jest tu ironiczne spojrzenie na nowobogackich i ich ambicje czy komunistyczną ideologię o poświęceniu się dla ludu (obietnicę poświęcenia fortuny i swojego ciała dla dobra ludu składa Wanyan Ying podczas wyborów kurtyzan).



Całość nadaje "Gone with the Bullets" wyraźnie autorskiego charakteru, który – mimo że momentami niepotrzebnie zaczyna tonąć w ilości odniesień – sprawia, że film Jianga Wena staje się najbardziej zapadającym w pamięć tytułem spośród mainstreamowych produkcji azjatyckich prezentowanych na tegorocznym Berlinale.


[ Emilia Skiba, Festiwal Filmowy Pięć Smaków ]


kontakt: info@piecsmakow.pl
© Fundacja Sztuki Arteria, realizacja: Pracownia Pakamera + Multiversal