Kino Azji

14 marca 2015

IFF Rotterdam i Berlinale #2: Film człowieka pracy

Big Father, Small Father and Other Stories

Choć tegoroczne festiwale w Rotterdamie i Berlinie przyniosły więcej rozczarowań niż spektakularnych odkryć, prezentowane na nich azjatyckie produkcje wchodziły ze sobą w ciekawy dialog.

Jednym ze szczególnie często powracających tematów okazała się szeroko rozumiana praca – wątek szczególnie, jak się wydaje, ważny w tej chwili w Azji, która dźwiga na sobie ciężar rozpędzonej machiny globalnej konsumpcji.

W rotterdamskim konkursie pojawiły się trzy azjatyckie tytuły. Ambitny w założeniach indonezyjski "Another Trip to the Moon" ("Menuju rembulan") w reżyserii Ismaila Basbetha miał być eksperymentalnym przepisaniem lokalnych legend, wtapiających się we współczesną rzeczywistość. Zawiodła jednak realizacja i popadający w egzaltację scenariusz, opowiadający o siostrzano-miłosnej relacji dwóch kobiet – całość sprawiała amatorskie wrażenie. Japonię w rywalizacji o Złotego Tygrysa reprezentowała Lisa Takeba (jej "Paluszek" pokazywany był na Warszawskim Festiwalu Filmowym). Nowy film młodej reżyserki, "Haruko's Paranormal Laboratory" ("Haruko Chojo Gensho Kenkyujo"), to absurdalna komedia o dziewczynie, która nieszczególnie radzi sobie z życiem - pewnego dnia obrzucany przez nią obelgami stary telewizor zmienia się w przystojnego mężczyznę. Choć w film w założeniu ma być kpiną z niskiego lotu komercyjnych programów telewizyjnych, reklam i innych wykwitów japońskiej popkultury, sam nie oferuje wiele więcej, stając się paradą mniej lub bardziej zabawnych gagów i niezbyt porywających zwrotów akcji.

W sekcji konkursowej znalazł się także tajski "Vanishing Point" Jakrawala Nilthamronga, słusznie nagrodzony (ex-aequo z dwoma innymi tytułami) nagrodą główną. Punktem wyjścia jest dramatyczny wypadek samochodowy – reżyser prowadzi nas poprzez łańcuch luźno powiązanych ze sobą wydarzeń, plącząc chronologię, ulegając dygresjom, pokazując zdarzenia pozornie nieistotne. Rozbraja zwyczajowy sposób pokazywania tragedii, nie nadając jej dodatkowych sensów. Trauma okazuje się irracjonalna, nie jest kropką na końcu żadnego zdania. Gęsta, oniryczna atmosfera trzyma widzów w napięciu, nie pozwalającym do końca ulec urokowi pięknych kadrów. Oryginalny i zdecydowanie wyróżniający się w programie projekt młodego twórcy to dowód na to, że nurt zwany tajską nową falą nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Poza sekcją konkursową azjatyckie kino miało w Rotterdamie solidną reprezentację, obejmującą niemal czterdzieści tytułów. Wśród szczególnie wartych uwagi znalazł się "Jade Miners", nowy dokument znanego widzom Pięciu Smaków pochodzącego z Birmy reżysera Midiego Z., który tym razem zrealizował dokument o pracownikach nielegalnych kopalni jadeitu. Niebezpieczna i ciężka praca przyciąga zarówno desperatów, jak i mężczyzn liczących na łut szczęścia i szybki zarobek – autor pokazuje ich żmudny wysiłek, rywalizację, ale też próby znalezienia rozrywki w czasie wolnym i nieuchronnie rodzące się między pracującymi mężczyznami więzi. Nie popadając w patos i nie litując się nad bohaterami ukazuje ich życie w skali 1:1, trudno jednak uciec od gorzkiej refleksji nad relacjami władzy – w lokalnej i globalnej skali – i nierównym starciem człowieka z naturą.


Alive

Życie najniższych rangą pracowników stało się też tematem koreańskiego "Alive" ("San-da"). Park Jung-bum portretuje życie młodego mężczyzny, opiekującego się niezrównoważoną siostrą i jej córeczką. Bohater podejmuje się kolejnych prac fizycznych, starając się nie popadać w beznadzieję. Reżyserowi udało się nakreślić wielowymiarowy i zniuansowany obraz, w mikroskali ukazujący zależności rządzące kapitalistycznym systemem pracy i napięcia południowokoreańskiego społeczeństwa. Wciągająca, dopracowana wizualnie historia łączy dramat psychologiczny z konwencją kryminału noir. Praca i związane z nią systemowe nierówności stały się także tematem skierowanego do szerszej publiczności "Cart" ("Ka-teu") Boo Ji-younga. To bardzo uniwersalna i nośna historia, ukazująca opartą na faktach historię buntu kasjerek z jednej z koreańskich sieci supermarketów. Reżyser wykorzystał hollywoodzką wręcz strukturę narracyjną, służącą zwykle ukazywaniu walki powstańców, rebeliantów czy innych buntowników – jednak jej bohaterkami jest grupa zwykłych kobiet, zagrożonych nieuzasadnionym grupowym zwolnieniem. Ich walka z korporacją obejmuje wszystkie niezbędne, trzymające w napięciu elementy układanki, takie jak kompletowanie drużyny, budowanie wspólnego frontu, pierwsze sukcesy, porażka czy postać bohaterki, która początkowo boi się i wątpi w powodzenie strajku, po to by na koniec stać się jego liderką. Wykorzystanie tych znanych rozwiązać jest w tym wypadku dużą zaletą: film zyskuje dzięki nim emocjonalną dynamikę i trzyma w napięciu jak dobre kino akcji, co z pewnością pozwoli mu przyciągnąć do kin zdecydowanie większą publiczność niż przeciętny dokument o życiu klas pracujących.


Titli

W równie udany sposób z gatunkowymi konwencjami zagrał indyjski "Titli" w reżyserii Kanu Behla.Tytułowy bohater to młody mężczyzna, który stara się na wszelkie sposoby wywinąć spod skrzydeł parających się bandycką działalnością braci i antypatycznego ojca. Ci wplątują go jednak w aranżowane małżeństwo, na które musi przystać. Nowo poznana żona ma jednak swoje tajemnice i mimo początkowej obopólnej niechęci okazuje się nieoczekiwanym sprzymierzeńcem. Bollywoodzkie mity nienaruszalnych i przynoszących ukojenie więzi rodzinnych są tu ukazane w bardzo krzywym zwierciadle, a scena groteskowego ślubu w tandetnych dekoracjach złośliwie parodiuje spektakularne ceremonie ukazywane w komercyjnych produkcjach. Czarny humor i zaskakujące zwroty akcji są zarazem zjadliwym komentarzem na temat współczesnej indyjskiej rzeczywistości – co gorzko puentuje fakt, że złotym graalem, który ma tytułowemu bohaterowi pomóc w wyjściu z biedy i toksycznych rodzinnych relacji, jest miejsce parkingowe w nowo powstającym centrum handlowym, które chłopak stara się kupić od podejrzanych pośredników.

Indyjska rzeczywistość sportretowana została także w przepięknym filmie "Labour of Love" ("Asha Jaoyar Majhe") Adityi Vikrama Sengupty, który w niezwykle zmysłowy sposób pokazuje codzienność młodego małżeństwa z Kalkuty. On pracuje na nocnej zmianie, ona na dziennej – nie spotykają się, zapisując jedynie swoją obecność i wzajemną czułość w drobnych domowych gestach: zostawionym dla drugiej osoby posiłku, rozwieszonym praniu, rozścielonej pościeli. Reżyser drobiazgowo rejestruje ich pracę, rutynowe czynności, wysiłek fizyczny – łącząc realizm z ogromną poetycką wrażliwością i szeregiem nawiązań (także muzycznych) do klasycznych dzieł hinduskiej kinematografii. W podobnie melancholijnym tonie utrzymana została także indonezyjska "Siti" Eddie Cahyony. Tytułowa bohaterka opiekuje się sparaliżowanym po wypadku mężem i małym synkiem, starając się równocześnie zarobić na życie i spłatę długów. Podejmując się kolejnych niskopłatnych zajęć ucieka przed poczuciem beznadziei – nie jest to jednak typowa historia o cierpiącej, uciśnionej kobiecie. Siti ma w sobie dużo buntu i młodzieńczej energii, wymyka się z ról, w które próbują wtłoczyć ją okoliczności.


Made in China

Wśród wielu wartościowych pozycji z Rotterdamskiego programu warto jeszcze przywołać zaskakujący film "Made in China", wyreżyserowany przez Kim Dong-hoo na podstawie scenariusza Kim Ki-duka (i przez tego ostatniego wyprodukowany). Kryminalny komediodramat opowiada o młodym chińskim hodowcy węgorzy, który nielegalnie przedostaje się do Korei Południowej, by zaprotestować przeciwko wstrzymaniu jego towaru na granicy pod pretekstem skażenia metalami ciężkimi. Badania, jak się okazuje, przeprowadzała atrakcyjna laborantka, która, mimo bariery językowej, czyni przystojnego chińczyka swoim kochankiem i mimowolnie pomaga mu wpaść na trop rybno-przemytniczych przekrętów. Twórcom zabrakło lekkości w portretowaniu wzajemnych koreańsko-chińskich stereotypów, paranoicznych oskarżeń i absurdów związanych z podwójnymi standardami (obowiązującymi zresztą nie tylko w Korei): wszyscy wyrażają oburzenie chińską polityką i pogardę wobec produktów made in China, równocześnie masowo z nich korzystająć. Jednak film, który mógł być przewrotną satyrą z ważnym wątkiem społecznym w tle osuwa się w stronę przyciężkiej intrygi o rozwiązaniach rodem z telenoweli. Mimo kilku scen zdradzających perwersyjne kimkidukowskie poczucie humoru, całości zabrakło nuty szaleństwa, charakteryzujących jego wczesne arcydzieła.

 

Festiwal w Belinie, który w zeszłym roku zaskoczył bogatą listą produkcji z Chin, tym razem skierował spojrzenie w stronę Ameryki Południowej. W głównych sekcjach znalazło się tylko kilkanaście filmów z całej Azji. Współpraca branży filmowej z Chinami była natomiast tematem spotkań  i dyskusji w marketowej części festiwalu, gdzie profesjonaliści mogli zapoznać się z możliwościami koprodukcji i dystrybucji w Chinach (co wiąże się oczywiście ze znajomością nie tylko reguł rynku, ale i wymagań cenzorskich).

Po ubiegłorocznym Złotym Niedźwiedziu dla "Czarnego węgla, kruchego lodu" oczekiwania wobec Chin były wysokie, jednak konkursowa projekcja "Yi bu zhi yao" ("Gone with the Bullets") Wena Jianga spotkała się z chłodnym przyjęciem – które nie dziwi. Druga część brawurowej w zamierzeniu trylogii (pierwszą, "Niech zatańczą kule", można było zobaczyć na 8. Pięciu Smakach) to rozczarowujące obniżenie lotów. Spektakularna, olśniewająca wizualnie produkcja brnie poprzez przeciągającesię, nadmiernie rozbudowane dialogi, z każdą kolejną sceną tracąc dynamikę i zainteresowanie widza.


Chasuke's Journey

Znacznie lepiej wypadły w konkursie produkcje z Japonii i Wietnamu: "Ten no Chasuke" ("Chasuke's Journey") w reżyserii Sabu oraz "Cha và con và" ("Big Father, Small Father and Other Stories") Di Phan Danga. Sabu, z charakterystyczną dezynwolturą, postawił na kiczowaty surrealizm: jego film opowiada o anielskich skrybach, którzy w niebie na długich zwojach papieru tworzą ludzkie losy (dopingowani do kreatywnej pracy przez pojawiający się od czasu do czasu cień najwyższego bóstwa, pokrzykującego gromko "Awangarda! Awangarda!!!", co okazało się rozbrajająco zabawnym komentarzem także do festiwalowego kontekstu pokazu). Problemy zaczynają się, gdy jeden z aniołów postanawia uratować jedną z sympatycznych bohaterek, której historia zbliża się do nagłego końca. Mimo zgrabnego zawiązania akcji, kilku fantastycznych pomysłów i masy japanofilskich smaczków, film trąci jednak sentymentalizmem, a kolejne pułapki, czyhające na tytułowego bohatera na ziemskim padole z czasem zaczynają nużyć, a ich sens rozmywa się w efektownych wizualnych wygibasach twórców.

"Big Father, Small Father and Other Stories" to historia z zupełnie innego porządku estetycznego, daleka od popkulturowej żonglerki konwencjami. Di Phan Dang  pokazuje kilka epizodów z życia Vu, studenta fotografii, który zdobytym przez ojca starym aparatem z przemytu uwiecznia ulotną codzienność Sajgonu. Ojciec podsuwa Vu kandydatkę na żonę, jednak uczucia chłopaka kierują się raczej w stronę pracującego w nocnym klubie Thanga. Reżyser ogranicza dialogi na korzyść zmysłowo konstruowanych kadrów – emocjonalna dynamika relacji między bohaterami rozgrywana jest na bardzo cielesnym poziomie. Mocno zarysowany kontekst społeczny nadaje tej prostej historii dodatkowej głębi, a zrealizowane przez Nguyen K’Linha zdjęcia zapadają w pamięć, sugestywnie budując atmosferę miejskich przestrzeni i urokliwej dzikości rzeki, na której pracuje ojciec Vu.


Balikbayan #1 Memories of Overdevelopment Redux III

Prawdziwym odkryciem Berlina okazał się jednak "Balikbayan#1", ponad dwugodzinny, eksperymentalny filipiński dokument o Enrique, zapomnianym przez historię niewolniku Ferdynanda Magellana. Sformułowany w ten sposób opis nie przyciągnął wielkiej liczby publiczności, jednak ci, którzy zdecydowali się zaryzykować, nie żałowali. Kidlat Tahimik rozpoczął prace nad filmem 35 lat temu, końcowa wersja zawiera fragmenty nagrań realizowanych w dłuższych i krótszych odstępach czasu –w tym próby rekonstrukcji losów Filipińczyka, prywatne archiwa reżysera i rejestrację współczesnych realiów życia na archipelagu. U podstaw leży próba przepisania historii – tajemniczy Enrique podróżował z Magellanem dookoła świata,  przez jakiś czas mieszkał z nim w Europie, po czym wrócił w rodzinne strony – a po tragicznej śmierci podróżnika odzyskał wolność.  Był sługą, ale też rzeźbiarzem, podwładnym, ale też tłumaczem, przewodnikiem i prawdopodobnie powiernikiem i Magellana przy ponownej podróży na Filipiny. Próby odtworzenia jego losów i refleksję na temat europejskich podbojów reżyser zestawia z obrazami współczesności, pokazując między innymi własną pracownię w odległych górach czy galerię prowadzoną przez pochodzące z Zachodu kobiety, które aktywnie wspierają odrodzenie lokalnych tradycji artystycznych. Jest to zatem po części lekcja nieznanej historii, po części autorski, rozproszony esej o relacjach Wschodu i Zachodu, nostalgii za przeszłością i potrzebie budowania nowych narracji, szukaniu alternatyw dla kultury pośpiechu i techniki. Twórca nie stawia przy tym jednoznacznych tez, podsuwa raczej kolejne pytania, z szamańską charyzmą i równocześnie głęboką świadomością wykorzystywanych przez siebie filmowych środków. Sam Tahimik studiował w Niemczech, swoje pierwsze filmowe próby konsultował z Wernerem Herzogiem – a jego projekt zawieszony jest gdzieś między poetyką sztuki naiwnej a awangardą spod znaku Chrisa Markera, choć z pewnością nie może liczyć na tak pełen zaangażowania i uwagi odbiór. Staje się tym samym komentarzem nie tylko do historii relacji Wschodu z Zachodem, ale też do funkcjonowania azjatyckiego kina na największych międzynarodowych festiwalach.


[ Jagoda Murczyńska, Festiwal Filmowy Pięć Smaków ]


kontakt: info@piecsmakow.pl
© Fundacja Sztuki Arteria, realizacja: Pracownia Pakamera + Multiversal