0
 

W kinach

Recenzje Marliny: zbrodni w czterech aktach

Marlina: zbrodnia w czterech aktach, reż. Mouly Surya

"Akcja filmu „Marlina: zbrodnia w czterech aktach” rozgrywa się na Sumbie, która jest równie egzotyczna dla mieszkańców Jawy czy Sumatry jak dla widzów z Europy lub Ameryki. Wyspa praktycznie pod każdym względem – od przyrody poczynając, a na lokalnych wierzeniach kończąc – różni się od otaczających ją większych wysp. Dlatego też, zamiast bogatych w roślinność lasów deszczowych, oglądamy na poły pustynne krajobrazy sawanny, a muzułmańską salat (modlitwę odmawianą pięć razy na dobę) zastępują animistyczne rytuały marapu [3]. Do takiej właśnie scenerii dopasowano pomysł, by opowiedzieć historię o kobiecie podróżującej z odciętą głową i duchem swojej ofiary, posługując się konwencją westernu, a raczej antywesternu. Mimo że „Marlinę” najczęściej porównuje się do spaghetti westernów Sergia Leonego czy produkcji Sama Peckinpaha, Surya twierdzi, że jedynym filmem gatunku, który naprawdę zrobił na niej wrażenie, był przewrotny „Truposz” Jima Jarmuscha."

Agnieszka Mikrut-Żaczkiewicz, kultura liberalna

 

"Marlina" to trzeci film indonezyjskiej reżyserki. Jestem pewny, że nie ostatni, na jaki warto zwrócić uwagę. W "Marlinie" udaje się jej bowiem bezbłędnie dokonać twórczego przywłaszczenia i subwersji dwóch zachodnich tradycji filmowych: gatunkowego kina ze Stanów i europejskiego modernizmu. Łącząc western ze slow cinema, "Marlina" opowiada o indonezyjskiej rzeczywistości. Sięgając po najbardziej genderowo "męski" gatunek – western – zmienia go w platformę dla upodmiotawiającej, kobiecej opowieści. Emocjonalnie działającej także nad Wisłą.

Jakub Majmurek, Filmweb

Mouly Surya swoją opowieść o ostatniej sprawiedliwej, przemierzającej pustkowia z głową wroga przytroczoną do siodła, nasyca nastrojem filmów o Dzikim Zachodzie. Czyni to poprzez motywy fabularne, ikonografię, zdjęcia (których nie powstydziłby się Winton C. Hoch) czy muzykę inspirowaną kompozycjami Ennia Morricone. Satay western, jak określa swój film reżyserka, to po części pokaz atrakcyjnej stylizacji, ale przede wszystkim głos w walce z niesprawiedliwością wobec indonezyjskich kobiet, wyraźnej szczególnie wśród ubogich, odizolowanych społeczności, takich jak ta zamieszkująca Sumbę. (...)

Feministyczną wymowę dzieła wzmacnia dekonstrukcja formuł westernowych. W gatunku, w którym nawet takie figury jak Annie Oakley lub Calamity Jane na ekranie częściej niż pistolet wybierają męskie ramiona, brakuje udanych feministycznych narracji. Mouly Surya staje ramię w ramię z nielicznymi, którym się na gruncie takich opowieści powiodło: Maggie Greenwald (Ballada o małym Jo, 1993) czy Kelly Reichardt (Meek’s Cutoff, 2010). Równocześnie jest główną reprezentantką indonezyjskiego kina kobiet, które rozwija się dynamicznie po upadku cenzury rządu Suharto.

Marta STańczyk, ekrany

 

Pyszna, przepięknie nakręcona opowieść o indonezyjskiej wersji Judyty (...).

Mouly Surya zrobiła feministyczny western – czy southeastern właściwie – z ciekawymi, wyraźnie nakreślonymi postaciami kobiecymi (począwszy od bohaterki tytułowej, a kończąc na dziarskiej matronie, która zrobi wszystko, żeby na czas dowieźć konie brakujące siostrzeńcowi do wiana). Ogromną zaletą filmu są przepiękne zdjęcia – zarówno pejzaże, jak i sceny we wnętrzach, inspirowane zresztą wyraźnie malarstwem Caravaggia (trop Judyty jest zatem nieprzypadkowy). Historia głęboko zakorzeniona w miejscowej obyczajowości i kolorycie, a równocześnie uniwersalna i świetnie wpisująca się w długą tradycję gatunku westernowego.

JACEK DEHNEL, RAPTULARZYK NOWOHORYZONTOWY 2017

Pozdrowienia z Indonezji od Roberta Rodrigueza - ale gdy przyjrzymy się "Marlinie" bliżej, dostrzeżemy tam nie tylko intrygujące spojrzenie na lokalny folklor jednej z indonezyjskich wysp. To wciągająca opowieść o kobiecej krzywdzie i zemście, która wydaje się jedynym sposobem na zachowanie niezależność i osobistej integralności w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

Kasia Wolanin, Filmaster

Wyobraźcie sobie sytuację: Quentin Tarantino dotyka tematu gender i prawa kobiet o samostanowieniu, następnie rusza z nim do Indonezji, by tam nakręcić spaghetti western z definitywnie określonym zdaniem. Nie musicie o tym sobie marzyć, to się mogłoby zdarzyć i się wydarzyło w filmie Marlina:Zbrodnia w czterech aktach. To doskonały manifest GIRL POWER i gatunkowy przekładaniec bardzo intensywny, z ogromnym pomysłem i brawurą wykonania. (..)

Bernadetta Trusewicz, FDB

Marlina: zbrodnia w czterech aktach” (reż. Mouly Surya) naturalnie wpisuje się w taką tendencję, łącząc jednak symboliczny wymiar emancypacji (w duchu „Siti”) z gatunkową metarefleksją. Indonezyjska produkcja to wybuchowy sabotaż wewnątrz hermetycznych reguł, które rządzą gatunkową formułą klasycznego westernu, dumnie powielającego stereotyp męskiego (białego) stróża prawa, który w imię obrony uniwersalnych wartości moralnych zwalcza wszystko to, co jest w stanie zagrozić patriarchalnemu porządkowi.Postmodernistyczna krytyka feministyczna postulowała przepisywanie historii z perspektywy kobiet, deprecjonowanych przez obiektywnie męskiego ducha dziejów. Ta strategia sprawiła, że często mówi się o her-story, zastępującej wykluczający model his-story. Surya dokonuje podobnego procesu w trakcie poruszania się między gatunkami filmowymi, przepisując na nowo klasyczne formuły westernu bądź kina zemsty. Tym samym falliczne rewolwery z filmów Clinta Eastwooda zostały zastąpione przez kuchenną broń białą oraz trujące składniki w rosole, gotowanym dla przyszłych oprawców.

Michał Trusewicz, Reflektor

 

To wyjątkowo oryginalnie poprowadzony film zahaczający o rape and revenge i kino drogi, garściami czerpiący z estetyki spaghetti westernu. Formalnie zapiera dech w piersiach muzyką w duchu Ennio Morricone, majestatycznymi panoramami i symetrią kadru. Zdążymy nimi nacieszyć oko, bo całość, mimo kilku bardziej dynamicznych sekwencji poprowadzona jest raczej w duchu slow cinema, co pozwoliło mi jeszcze głębiej wniknąć w tę okrutną, ale niepozbawioną nadziei i wypełnioną czarnym humorem opowieść. Ze względu na połączenie wielu różnych stylów, jest spore prawdopodobieństwo, że każdy znajdzie w "Marlinie" coś dla siebie: miłośnicy kina gatunkowego docenią sprytną zabawę konwencją, a szukający głębszych treści dostrzegą odważny, szczególnie biorąc kraj jego pochodzenia, feministyczny manifest.

GRZEGORZ NAROŻNY, PEŁNA SALA

Współczesne kino ma słabość do gatunkowej hybrydyczności. Rzadko jednak na ekranie mieszają się tak ciekawe składniki, jak w indonezyjskim obrazie „Marlina: zbrodnia w czterech aktach”. Reżyserka, Mouly Surya, łączy elementy westernu i kina drogi z feministycznym manifestem, ujęcia w duchu slow cinema z reportażową precyzją, czarny humor splata ze scenami, których nie powstydziłby się klasyczny dramat społeczny. Niech nie zwiedzie was malowniczy krajobraz. Wyspa Sumba, na której mieszka główna bohaterka filmu – Marlina – nie jest rajem. Dla żyjących na niej kobiet więcej ma wspólnego z piekłem. Zresztą Mouly Surya szybko pozbawia nas złudzeń. Rozpoczyna swoją fabułę od specyficznych „odwiedzin”. 

Aleksandra Nowak, Enter the Room/Girl's Room

"Marlina: zbrodnia w czterech aktach" to fantazja o zemście, ukazująca społeczne role kobiet w Indonezji, złożoność lokalnej kultury i obezwładniające piękno tamtejszych krajobrazów. Precyzyjnie skonstruowana, kipiąca sprawiedliwą furią, opatrzona wspaniałymi zdjęciami i klimatyczną muzyką, nieuchronnie prowadzi widza w stronę satysfakcjonującego finału.

(...) [Marsha] Timothy majestatycznie wciela się w główną rolę, powściągliwą grą prowadząc postać w stronę katharsis, nie uciekając się do przerysowanej ekspresji. Uznanie należy się także męskiej części obsady, zwłaszcza Fedly'emu i Pratamie, którzy arogancję i okrucieństwo umiejętnie przemycają pod fasadą uprzejmości.

Jeśli chodzi o kwestie produkcyjne, Zeke Khaseli i Ydhi Arfani zasługują na specjalne wyróżnienie za wyjątkową muzykę, przywołującą ducha Morricone nowatorsko połączonego z elementami indonezyjskimi, jak przejmujące pieśni w dialekcie Sumba śpiewane przez bandytów czy dźwięki lokalnych instrumentów. 

MAGGIE LEE, VARIETY

 

Stale współpracujący z reżyserką operator, Yunus Pasolang, w niesamowity sposób wykorzystuje małe i mroczne wnętrza skromnego domu, wykorzystując ukośne smugi światła przeszywającego ciemność jak dramatyczne chiaroscuro w obrazach Carravaggia. Dobór palety kolorystycznej wynika nie tylko z tego, że pierwszy akt filmu toczy się we wnętrzach, nocą - jest także odbiciem tematu. To, co spotyka - i co mogłoby jeszcze spotkać główną bohaterkę na początku filmu, jest niczym innym jak przejawem najciemniejszego ludzkiego zachowania, jakie można sobie wyobrazić. Sceny te tworzą uderzający kontrast z wizualnym ujęciem kolejnych aktów, rozgrywających się w ciągu dnia, na otwartych przestrzeniach.

Boyd van Hoeij, Hollywood Reporter

 

LISA NESSELSON, ScreenDaily

Michał Siciński, Cinema Scope

Kurt Halfyard, Screen Anarchy

kontakt: info@piecsmakow.pl
© Fundacja Sztuki Arteria, realizacja: Pracownia Pakamera + Multiversal • Regulamin serwisu