Archiwum - 10. Festiwal Filmowy Pięć Smaków

Anna Kmieć: Widz – obserwator czy uczestnik? Rozważania wokół "Zwyczajnej rodziny" i "Drogi do Mandalay"

Zwyczajna rodzina, Eduardo Roy Jr.

Film to nie tylko zapis dźwięku i obrazu. To także druga strona, bez której tworzenie kina nie miałoby sensu: odbiorca i jego relacja z filmową treścią.

W zależności od intencji reżysera, widz ogląda, słucha, zajmuje stanowisko, uczestniczy (albo i nie) w dziejących się na ekranie wydarzeniach, a czasami tylko się im przygląda. Warto w tym kontekście zadać sobie pytanie o zabiegi, dzięki którym filmy mogą oddziaływać na odbiorcę, i oddać zamiary twórców.

Nieprzypadkowo wybieram dwa różne obrazy, prezentujące wydarzenia z dwóch różnych perspektyw, stawiające widza w sytuacji zarówno obserwatora jak i uczestnika, dając w obu przypadkach szerokie pole interpretacji.

Sceneria "Drogi do Mandalay", najnowszego filmu birmańskiego reżysera Midiego Z, intryguje. Plenery i otwarte przestrzenie stanowią w filmie nie tylko tło historii imigrantów poszukujących lepszego życia. Wprowadzają widza w narrację, bardzo łagodnie i subtelnie zbliżając go do głównych bohaterów. W otwierającej film scenie, majacząca gdzieś na horyzoncie łódka, w której podróżuje główna bohaterka wraz z przemytnikiem, stopniowo przybliża się, z każdą minutą zmniejszając dystans na linii widz-bohater. Mikro-granica pozostaje jednak nie zburzona do ostatnich scen filmu.

Wnętrze hali fabrycznej, w której pracują bohaterowie, to również nie tylko niemy świadek wydarzeń, ale ich kreator i współuczestnik. Kadry ukazują nam bardzo dokładnie jak zagospodarowane są wnętrza, oddając panujący tam hałas, bałagan, brud, nieład, a nawet lepkie od upału powietrze. Stopniowo przybliżamy się do jednej z głównych bohaterek, choć minimalny dystans również zostaje zachowany – chociażby przez pojedyncze nitki włókna zza których obserwujemy rozmowy i dalszy rozwój akcji. Scenografia staje się dla widza bezpieczną przystanią z której może przyglądać się narracji i śledzić losy bohaterów.

Zupełnie inaczej jest w filmie "Zwyczajna rodzina", opowiadającym o uprowadzeniu małego dziecka. Reżyser rzuca widza w centrum wydarzeń, niemalże czyniąc z niego pełnoprawną postać sceniczną. Zbliżamy się do bohaterów, tworząc z nimi wręcz intymna relacje. Zbliżenia na twarz w momencie przeżywania najbardziej emocjonujących scen sprawiają, że przesiąkamy tamtejszą rzeczywistością. Śpimy na brudnej, ruchliwej i hałaśliwej ulicy i biegniemy w kolejnych złodziejskich pościgach, płaczemy po stracie dziecka głównych bohaterów i nerwowo śledzimy poszukiwania małego Arjana. Ruchome kadry podczas biegu powodują, że także uciekamy a dźwięki przenoszą nas w miejsca, gdzie odbywa się akcja.

Oba filmy prezentują różne modele relacji na linii widz-bohater. Nie chodzi tu jednak o wartościowanie i spór, który model jest lepszy, ale o odpowiedź na pytanie o celowość takiego zabiegu. O ile bowiem "Droga do Mandalay" czyni z nas obserwatora, to "Zwyczajna rodzina" zaprasza do czynnego uczestnictwa w toczącej się na ulicach miasta akcji.

W jednym i drugim przypadku jest to motywowane chęcią dotarcia do widza i wywołania w nim jak największej empatii. Dlaczego zaplanowane jest to w tak zróżnicowany sposób? Miejsce widza w filmie dostosowane jest tutaj do tempa rozgrywającej się akcji. Utrzymana w konwencji slow i oszczędna w dialogach "Droga do Mandalay" to obraz idealny do obserwacji i nadawania własnych interpretacji. Hałas, krzykliwość i dynamizm "Zwyczajnej rodziny" znacznie łatwiej odebrać z bliska, mając wrażenie bezpośredniego uczestnictwa w fabule.
Jeden i drugi wymaga zaangażowania, choć wydawać by się mogło, że widz-obserwator to rola bierna. Umiejętna obserwacja "Drogi do Mandalay" stanowi klucz do prawidłowej interpretacji, podobnie jak uczestnictwo w "Zwyczajnej rodzinie".

kontakt: info@piecsmakow.pl
© Fundacja Sztuki Arteria, realizacja: Pracownia Pakamera + Multiversal