Archiwum - 6. Festiwal Filmowy Pięć Smaków

Woo Ming Jin: lubię ciche miejsca nad wodą

Wywiad w Woo Ming Jinem przeprowadzy w Shah Alam w Malezji w sierpniu 2012 roku.

Jakub Królikowski: To pytanie na pewno słyszysz często. Większość twoich filmów łączy nadmorska przestrzeń akcji. Woda i ryby oraz słynne z urody malezyjskie plaże. Same tytuły o tym mówią: "Słoń i morze", "Kobieta w ogniu szuka wody", "Dziewczyna w wodzie". Dlaczego tak często wracasz do tych wątków?

Woo Ming Jin: Po prostu bardzo lubię przebywać nad wodą. Uwielbiam nurkować, pływać, kiedyś nawet uprawiałem ten sport wyczynowo. Dorastałem w rejonie, gdzie było wiele jezior pokopalnianych. Pokazałem to w "Dniach turkusowego nieba" (Days of the of the Turquoise Sky, 2008), moim telewizyjnym filmie. Spędziłem dzieciństwo w wodzie, łowiąc ryby z kolegami, w relaksującej atmosferze. Miło wspominam ten okres. Teraz wizyty w rybackich wioskach bardzo mnie wyciszają, czuję się tam kreatywny i znajduję wiele inspiracji. Tworząc filmy, dzielę się z widzami tym, z czym czuję się emocjonalnie związany. To dlatego podejmuję takie tematy, one przychodzą naturalnie. Oczywiście, nie oznacza to, że chciałbym zostać rybakiem, choć myślę, że część moich filmów wyraża tego typu fantazję.

J.K.: Czy ryby lub woda to dla ciebie ważne symbole? Czy w twojej kulturze mają szczególne znaczenie, tak jak są ważnymi symbolami religijnymi w kulturach europejskich?

W.M.J.: Nie używam w swoich filmach symboliki świadomie. Pracuję raczej organicznie. Nie próbuję nadawać scenom podwójnych znaczeń, nie przypisuję im metafor, nie używam odniesień. Nie zastanawiam się, jakie przesłanie niesie dana scena, nie myślę w ogóle w tych kategoriach. Nie dzielę swoich filmów na odcinki, fragmenty. Używam swojej bogatej wyobraźni i układam w film zebrane historie. Pod koniec lat 90. jako student wróciłem do swojego rodzinnego miasta Ipoh. Na farmach szalała epidemia świńskiej grypy. Kilkaset osób zmarło, strach przed tą tajemniczą chorobą był ogromny i trwał jeszcze wiele lat po ustąpieniu epidemii. Ludzie przez wiele miesięcy unikali wieprzowiny. Poczułem, że chciałbym zrobić o tym film. Nie chciałem jednak kręcić go na farmie, dlatego zamieniłem świnie na ryby. W ten sposób powstał pomysł na film "Słoń i morze" (The Elephant and the Sea, 2007). Tak właśnie szukam inspiracji dla swoich filmów. Większość z nich składa się z historii, które zasłyszałem, albo których sam doświadczyłem.

J.K.: Czy to oznacza, że nad swoimi filmami pracujesz długo?

W.M.J.: Scenariusz filmu "Słoń i morze" powstawał ponad półtora roku. Spędziłem ten czas ze swoimi znajomymi, kolekcjonując ich opowieści. Większość moich filmów - poza "Fabryką Tygrysów" (The Tiger Factory, 2010) - powstawało co najmniej kilkanaście miesięcy. "Słoń i morze" w ostatecznym kształcie odbiega jednak znacznie od początkowych planów. Nakręciłem na przykład wielowątkową historię trenera słoni, który szuka w dżungli swojego zaginionego podopiecznego. Pojechaliśmy w tym celu na północ kraju, wykonaliśmy ogrom pracy. W studio montażowym uznałem jednak, że ta historia nie pasuje do reszty filmu i zdecydowałem się niemalże w całości ją usunąć. Była jeszcze opowieść o starszym mężczyźnie, którego bohater filmu znajduje nieprzytomnego nad wodospadem. W scenariuszu został on porwany przez fundamentalistów. Nakręciliśmy złożoną relację z tego porwania, ale ją także zdecydowałem się usunąć. Ostateczny efekt jest bardzo minimalistyczny, choć w oryginalnym scenariuszu zawarłem wiele historii, które chciałem opowiedzieć.

sloninmorze1

J.K.: To ciekawe, bo oglądając "Słonia i morze" mam poczucie, że jest to dzieło kompletne, że niczego w nim nie brakuje. Czym się kierujesz, podejmując takie decyzje?

W.M.J.: Myślę, że po prostu podążam za tym, co mi podpowiada głowa i serce. Nie zrozum mnie źle - to była bardzo trudna decyzja, usunąłem z filmu sceny, którym poświęciliśmy dużo czasu i dużo pieniędzy. To był mój błąd. Musiałem powiedzieć wielu aktorom, że nie będzie ich jednak w filmie, to było bardzo przykre. Ale byłem przekonany, że podejmuję najlepszą decyzję dla filmu. Nie żałuję jej. Jako reżyser, jeśli czuję, że coś nie pasuje do całości, muszę to usunąć, na własną odpowiedzialność. Bardzo lubię zwierzęta, kiedyś nawet pracowałem ze słoniami, zawsze chciałem zrobić film o hodowcy, który gubi słonia i szuka go w dżungli. Kiedy wreszcie to zrobiłem, usunąłem z filmu. Może jeszcze kiedyś wrócę do tego pomysłu. Wielu filmowców ma ściśle określone zasady tworzenia filmów. Ja staram się być elastyczny, zmieniam zasady, eksperymentuję. Na przykład: pracowałem bardzo, bardzo długo nad scenariuszem filmu "Kobieta w ogniu szuka wody" (Woman on Fire Looks for Water, 2009). Teraz, kiedy patrzę na te 25 stron, myślę sobie: "to wszystko? nad tym spędziłem ponad rok?". To była bardzo ciężka praca, wręcz obsesyjna. O poszczególnych scenach myślałem całe dnie, kładłem się z nimi spać, budziłem się z nimi, byłem z nimi nawet wtedy, gdy ucinałem sobie drzemkę. Chciałem uzyskać efekt maksymalnego realizmu, jak najbardziej uwiarygodnić to, co pokażę na ekranie. To było bliskie szaleństwa. Myślałem o każdym pojedynczym ujęciu. Inspirowały mnie fotografie Rinko Kawauchi, wpatrywałem się w nie całymi dniami. Rinko w niezwykły sposób fotografuje proste, codzienne życie, chciałem, by zdjęcia w moim filmie miały podobny charakter. Kiedy skończyliśmy zdjęcia, czułem się wycieńczony. Było zbyt intensywnie. Kiedy obejrzałem film, owszem, podobał mi się, ale nie byłem zachwycony. Film ma kilka autobiograficznych wątków, więc siłą rzeczy wydawał mi się bliski. Ale uznałem, że kosztował mnie za dużo wysiłku, chciałem szybko zrobić kolejny film, w zupełnie inny sposób, by w jakimś sensie oczyścić się i zamknąć ten rozdział. Miałem pomysł na "Fabrykę tygrysów". Chciałem zrobić coś zupełnie innego.

J.K.: Innego? Twoim zdaniem "Fabryka tygrysów" jest znacząco inna od filmu "Kobieta w ogniu szuka wody"?

W.M.J. (śmiech): Tak, jeśli chodzi o proces powstawania. Estetyka filmu jest pewnie podobna i być może widz nie zauważy, jak radykalnie inaczej ten film został zrobiony. Realizacja całości trwała około 2 miesiące. Przeczytałem w gazecie artykuł o kobiecie, która handlowała dziećmi. Okazało się, że mieszkała w mojej okolicy, co sprawiło, że ta historia nabrała emocjonalnego charakteru. Podczas kilku spotkań z moim producentem, Edmundem Yeo, spisaliśmy na kilku kartkach zarys fabuły. Nie było więc nawet scenariusza. W następnym miesiącu rozpoczęły się zdjęcia. Każdego dnia zdjęciowego, wieczorem, siadaliśmy i pisaliśmy sceny na kolejny dzień. Dla wzmocnienia efektu autentyczności zależało mi, by pracować z Birmańczykami. Podjęliśmy współpracę z organizacjami pozarządowymi, zajmującymi się uchodźcami z Birmy. Mieliśmy więc bardzo autentycznych bohaterów, chociaż ich osobiste przeżycia sprawiły, że nie wszystkie sceny mogliśmy nakręcić tak, jak zaplanowaliśmy. Na przykład sceny przemocy stosowanej przez policjantów były dla nich zbyt trudne emocjonalnie i odmawiali uczestniczenia w nich. Jest to poważny problem, o którym chciałem opowiedzieć. Właściwie na takiej tematyce planowałem początkowo oprzeć film. Musiałem jednak zmienić ten zamysł, na bieżąco modyfikowałem plan scen, dopasowywałem go do naszych aktorów. Zdjęcia nakręciliśmy bardzo szybko, bardzo szybko film zmontowaliśmy. Po tym doświadczeniu czułem się odświeżony.

kobietawogniu1

J.K.: Wracając do symboliki. W Malezji, gdzie w mniejszej lub większej symbiozie żyją obok siebie odmienne kultury, temat styku religii i obyczajów jest silnie obecny. W swoich filmach rzadko poruszasz takie wątki. Z drugiej strony "Kobieta w ogniu szuka wody" to buddyjskie powiedzenie.

W.M.J.: Tak, a dokładnie mówiąc - to przerobiona na formę żeńską wersja buddyjskiego porzekadła. Nie jest to jednak film religijny. Powiedziałbym, że jest w nim dużo duchowości. Buddyzm jest bardziej duchową podróżą, przeżyciem, niż księgą do czytania. W "Kobiecie w ogniu…" można znaleźć dużo takich duchowych wątków. Mówię o sile więzów rodzinnych, o dziedziczeniu doświadczeń. Czy dziecko może w pełni decydować o swoim przeznaczeniu? Jestem zainteresowany tego rodzaju rozważaniami. Dla kultur Azji rodzina jest ogromną wartością. Czasami chcę postępować inaczej niż pokolenie moich rodziców, ale nagle orientuję się, jak bardzo jestem do nich podobny, co mnie zaskakuje. Jeśli chodzi o religię - moi bohaterowie to na ogół prości ludzie. Zastanawiają się raczej, jak przetrwać w świecie, w którym żyją. Interesują mnie ludzie odrzuceni, w jakimś sensie nieakceptowani. Są prostolinijni, chcą mieć dach nad głową, coś do jedzenia, chcą kochać i być kochanym, to wszystko. Nie mają czasu na religijne rozważania.

J.K.: Chciałem cię zapytać o miejsce, w którym żyjesz. Często mówisz, że inspirują cię ludzkie historie, że to na nich opierasz scenariusze filmów. Nie żyjesz jednak w mieście, na przykład w Kuala Lumpur, gdzie takich opowieści jest dużo. Nie mieszkasz też na wsi, którą wspominasz z dużą nostalgią.

W.M.J.: Tak, żyję pomiędzy. Myślę, że to świadomy wybór. Szczerze mówiąc, nie lubię Kuala Lumpur. Unikam tego miasta, jeżdżę tam tylko wtedy, gdy muszę. Wolę mieszkać tu, gdzie się spotykamy - w Shah Alam, kilkadziesiąt kilometrów od miasta. W miasteczku podobnej wielkości dorastałem. Myślę, że jako dziecko doświadczyłem czegoś, czego ludzie w dużych miastach już nie doświadczają, życie tam polega na czymś innym. Dlatego uważam moje dzieciństwo za wyjątkowe. Lubię ciche miejsca. Bardzo lubię też obserwować ludzi. Siadam z kawą przy oknie, wpatruję się w ulicę, widzę dwoje ludzi albo dwoje dzieci, przyglądam się, wyobrażam sobie ich świat, sytuację, w jakiej uczestniczą. Czuję się tak, jakbym oglądał film, który sam właśnie tworzę. Robię tak od zawsze. Kiedy miałem 20 lat, myślałem, że są rzeczy, które na pewno w życiu zrobię i których nigdy nie zrobię. Ale teraz, kiedy jestem trochę starszy, mam dzieci, rodzinę, nie jestem już taki radykalny. Może więc jeszcze kiedyś zamieszkam w mieście. Ludzie się zmieniają.

J.K.: Czy to taka właśnie nieplanowana zmiana spowodowała, że zdecydowałeś się zrealizować w 2011 roku horror "Seru" oraz prawie już ukończoną komedię "KL Zombie"? Czy postanowiłeś zmienić kierunek swojej kariery?

W.M.J.: Nie, wcześniej zrealizowałem też telewizyjny film "Dni turkusowego nieba". Moje filmy autorskie ogląda bardzo mało osób. Tu w Malezji ludzie przeważnie na nich śpią (śmiech). Jest mi trochę przykro, że nie mogę dzielić się nimi z moimi przyjaciółmi. Chciałem zrobić coś dla swojego środowiska, dla ludzi, z którymi żyję. Tak powstały "Dni turkusowego nieba", które odniosły ogromny sukces w telewizji. Obejrzało je kilka milionów widzów. Wreszcie mogłem obserwować pozytywne reakcje swojego otoczenia i było to dla mnie bardzo ważne. Z podobnych powodów sięgnąłem po horror czy komedię. Niektórzy pytają mnie, dlaczego nie idę na kompromis i nie realizuję filmu "artystycznego", ale bardziej przystępnego dla zwykłego widza. Ale ja nie chcę iść taką drogą, bo wtedy robiłbym film, który nie do końca byłby mój. Jeśli już mam robić coś dla większej widowni, to idę na całość i robię film o zombie. Staram się kręcić filmy, których oglądanie sprawi mi przyjemność oraz z którymi czuję się emocjonalnie związany. Oczywiście z tymi "artystycznymi" jestem związany bardziej. Film, nad którym teraz pracuję, estetycznie będzie przypominał moje starsze filmy, pierwszą wersję historii spisałem w sierpniu 2010 roku, teraz ją znacznie przerobiłem. Zobaczy go może 10 tysięcy widzów.

Miesięcznik "KINO", nr 10/2012, www.kino.org.pl

kontakt: info@piecsmakow.pl
© Fundacja Sztuki Arteria, realizacja: Pracownia Pakamera + Multiversal